Przejdź do treści
Reklama
Reklama

Wspomnienie

Informacje, 19 października 2020 18:02

To Spotkanie miało miejsce 15 lat temu; w Andrychowie, przy Szewskiej 7. Kilka dni wcześniej zmarł papież Jan Paweł II. Odszukaliśmy w archiwalnych numerach Nowin Andrychowskich zapis tamtej rozmowy.
Dziś, gdy media obiegła wiadomość o śmierci Wojciecha Pszoniaka, zyskała ona status cennej pamiątki po obecności w naszym mieście tego wyjątkowego Artysty i Człowieka. (JJ)

Mała Syrenka kontra Predator
Z jakimś dziwnym wyrzutem sumienia wobec Czytelnika przystępuję do relacjonowania spotkania z Wojciechem Pszoniakiem — gościem XII Ogólnopolskiego Festiwalu Teatrów Amatorskich „ Odeon “. W Andrychowie W. Pszoniak wystąpił w podwójnej roli: jako juror i główny bohater granego przez siebie monodramu „Belfer” według J. P. Dopagne. Nie znałam wcześniej tej sztuki, ale podskórnie czułam, że przed tym, który jedynie gra belfra, ja — belfer, mogę się wyżalić, podzielić coraz częstszymi wątpliwościami co do sensu i skuteczności swojej pracy, że u niego mogę szukać zrozumienia dla ludzi i zjawisk, które przestaję rozumieć. Nie zawiodłam się. Z tego spotkania wyniosłam… nadzieję. Na tę godzinę wypadłam z roli dziennikarza, dlatego zapomniałam zapytać o to, o co zwykle pyta się gwiazdę kina i teatru. Niemniej opowiem o Moim Spotkaniu …

Tego poetę i myśliciela czyta teraz cala Polska. I ja też. W książce „Pamięć i tożsamość” Jana Pawła Il znalazłam takie słowa: Człowiek żyje prawdziwie ludzkim życiem dzięki kulturze. Kultura jest właściwym sposobem istnienia i bytowania człowieka. Kultura jest tym, przez co człowiek jako człowiek staje się bardziej człowiekiem, bardziej „jest”. Możemy te słowa przyjąć za swoje?
To bardzo głębokie, bardzo prawdziwe słowa. Człowiek bez kultury po prostu zamienia się w zwierzę. Zycie nie polega przecież wyłącznie na odżywianiu się. Tylko człowiek ma możliwość wpływania na kulturę. Tylko człowiek ma możliwość tworzenia kultuły swojego życia. Historia ludzkości, to historia kultury. I to, co zostaje po człowieku — to właśnie… kultura.

Nie ma Pan wrażenia, że coraz mniej ludzi chce wspiąć się na szczyt Czarodziejskiej Góry, coraz mniej chce tańczyć walca, słuchać Mozarta, pogapić się na Felliniego. „Wydaje mi się, że wkrótce naszą duchowość zachowamy w szczątkowej formie, jak kość ogonową.
Myślę, że tak nie będzie. Historia świata porusza się ruchem wahadła. Są okresy, gdy się wydaje, że to już koniec, że już nic się nie może wydarzyć niezwykłego na tej ziemi; a potem mamy na przykład taki renesans, odrodzenie… Ludzkość błądzi, ale w jakiś sposób wraca. Teru żyjemy w takim okresie, okresie ogromnego zawirowania, ogromnej rewolucji technicznej. Wygląda na to, że człowiek nie nadąża za tempem zmian, że pogubił się w tym wszystkim. Wygląda też na to, że pieniądz przysłonił mu pole widzenia. Trzeba powiedzieć, że w znakomitej większości jesteśmy pod wpływem tej wielkiej wsi, jaką stał się świat. Wszyscy wszystko wiedzą w jednej sekundzie. Wielkie firmy łączą się w jeszcze większe.. i wkrótce wszędzie i wszystko będzie ,jedno”. Różne były i są na świecie zagrożenia, które w efekcie powinny zredukować człowieczeństwo w człowieku. Ale ja myślę, że tajemnica, siła, moc twórczego życia — nie.. .przeżycia, ale życia — istnieje. I wierzę, że to, co panią, mnie i wielu ludzi dotyka w tej popkulturze w tym czasie przyspieszenia i zawirowania, minie, i nastąpi oczyszczenie. Nie wiem, czy wróci Mozart, Goethe i Tomasz Mann… Ale myślę, że kultura pokaże swoją siłę, także tę, która tkwi w inności.

Napomknął Pan o pieniądzu. Jan Paweł II też: – Trzeba bardzo przestrzegać właściwego stosunku pomiędzy ekonomią a kulturą, ażeby nie zniszczyć tego dobra, które jest większe, które jest bardziej ludzkie. Wydaje się, że proporcje pomiędzy cywilizacją pieniądza a kulturą zostały mocno zachwiane.
Naprawdę wierzę, że w pewnym momencie ludzie odczują potrzebę, wewnętrzną potrzebę zobaczenia i zrozumienia człowieka. Proszę spojrzeć na młodzież. Oczywiście, nie tyczy to wszystkich, ale są tacy, którzy chcą żyć, więc się jednoczą, coś robią, wnoszą w swoje życie twórczość.

ODEON jest chyba na to dowodem.
No widzi pani! To jest właśnie dowód, że ta młodzież, oczywiście nie cała, nie jest oszołomiona tym światem. Młodzi szukają. Być może dlatego papież był na nich tak uważny. Jaka będzie młodzież, taki będzie świat. Do młodych ludzi należy dzieło kontynuacji. Ja jestem optymistą.

Dziś jest 22 kwietnia. Ból po stracie Ojca Świętego nie zdążył się jeszcze ukoić. Wiem, że dzieli Pan czas pomiędzy Francję i Polskę. Gdzie spędzał Pan pierwszy tydzień kwietnia?
Byłem akurat chory, leżałem w łóżku dwa tygodnie w Warszawie. Dzięki temu nikt mi nie zakłócał tego przeżycia. Śledziłem prasę, oglądałem w TV wszystko od początku do końca. Były to moje rekolekcje.

To był piękny czas, prawda? Takie ogólnonarodowe zjednoczenie w smutku i miłości.
To było niesłychane. Niebywałe.

Polacy potrafią się jednoczyć i w smutku, i w buncie. Za chwilę będziemy obchodzić dwudziestą piątą rocznicę powstania „Solidarności”. Jaką różnorodność refleksji budzi ta rocznica…
Bardzo chciałbym, aby Polacy pamiętali i świętowali te wydarzenia. Ale również chciałbym, aby choć cząstkę tego przeżycia zostawili na codzienność. Najtrudniejsze jest to, żeby w życiu było codziennie święto. Chodzi o to, żeby ważny był każdy dzień. Myślę, że nasze społeczeństwo na skutek rozmaitych zawirowań historii, nie jest jeszcze przygotowane do demokracji, do życia „wspólnie”. To się tyczy też małych rzeczy: nie wyrzuca się peta na ulicę, nie spluwa na chodnik, trzeba wiedzieć, że las to jest las, a rzeka to rzeka… Ważne jest, by mieć świadomość, że nie żyje się samemu. Rzeczywiście, w 80-tym roku to był niezwykły zryw. A teraz widać, że każdy w swoją stronę, nie ma tego „wspólnie”, które jest ważne w demokracji. Demokracji się nie kupi. Demokracji trzeba się uczyć.

Nie tylko demokracja wszystkim trzeba uczyć się życia. Wszak życie jest taką samą umiejętnością jak jazda na rowerze, gra na fortepianie. Tylko trudno tu o nauczycieli. Teatr i Literatura mogą pełnić te role.
Tak, ale to jest inny etap. Moim zdaniem dom i szkoła to są dwa pierwsze i najważniejsze źródła nauki. Z bagażem wyniesionym stąd, człowiek może iść „w życie”. Jak pani powiedziała, życia trzeba się uczyć. Życia trzeba też uczyć. Ale najpierw w domu, poprzez autorytety. Czym się kończy ich brak… to wszyscy widzą.

I Pan – aktor, i ja – nauczyciel za przedmiot oddziaływań mamy tę samą sferę ludzką wyobraźnię i wrażliwość. Nie wiem jak Pan, ale ja coraz częściej mam poczucie zawodowej klęski. Mała Syrenka przegrywa z Predatorem. Słuchanie nudzi. Myślenie męczy. Dziś tak trudno u dziecka o zachwyt czy wzruszenie. Czuje, że staję się coraz mniej skuteczna…
Jak popatrzę wstecz, niewielu z mojego podwórka wyrosło na ludzi, którzy żyją godnie. Ale wie pani, jako aktor myślę tak, i pani też radzę przyjąć taką filozofię: jeżeli jest choć jedno dziecko, do którego pani trafia, to już jest sukces. Ważne, żeby nie ustawać w słusznych działaniach, bo to zapada. Moja matka od małego mnie ciągnęła do opery, na koncerty symfoniczne, do teatru. Byłem tam sam, pozbawiony towarzystwa rówieśników, nudziło mi się. Ale to zapadło, wiem, że zapadło. Powiedziała pani, że trzeba uczyć ludzi żyć. Tak, właśnie tak. Tylko że budowanie wrażliwości czy miłości trzeba zacząć w domu. Powtórzę: szkoła i dom – to filary. Obejrzy pani „Belfra” i usłyszy wiele mądrych słów. Jest tam wszystko to, o czym pani mówi. Być może znajdzie pani jakieś rozwiązania. Choć czasy się zmieniły… Dzisiaj nauczyciel ma do spełnienia misję…

Tak mało nauczycieli to wie i czuje. Raczej trzeba skupić się na realizacji programów nauczania, by uczniowie nasi, poddawani co pewien czas różnym testom, zdobywali jak najwięcej punktów. Punkty, wskaźniki – to priorytety. Komunikacja, wartości – nie dotrzymują im kroku.
Tak jest w istocie. Przykre.

Czy widz teatralny też zmienia się tak , jak moi uczniowie? Czy coraz trudniej zaspokoić jego gust?
Ci co chodzą do teatru – będą chodzić. Ci, co nie chodzą, nie będą tu przychodzić. Chociaż… bywa, że winny jest teatr, bo np. nie nadąża za czasem. Teatr to nie jest obowiązek. Musi czymś przyciągnąć widza. I to nie byle czym. Teatr musi rozmawiać z widzem. Nie chcę pani opowiadać treści „Belfra”, ale wziąłem tę sztukę dlatego, że jest okazją do mojej osobistej rozmowy z widzem. Choć jest to spektakl dla dorosłych, przychodzi też młodzież. Fantastycznie to odbiera.

Panie Wojciechu, i Pan, i ja pracujemy z ludźmi i dla ludzi. Zostawić po sobie ślad, wspomnienie… Ja bym chciała. .. a Pan?
Jeżeli tym, co robię, sprawiłem, że życie choćby jednego człowieka stało się lepsze, że pomogłem rozwiązać choćby jeden problem, że ktoś stał się dzięki temu szczęśliwszy, mądrzejszy to już jest sukces. To już jest po mnie Ślad.

Wydaje mi się, że takie pogawędki mają podobną moc. Dziękuję.

Z Wojciechem Pszoniakiem rozmawiała Jadwiga Janus

Fot. Filmweb

Podziel się
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Skip to content