Przejdź do treści

Rodzina Dubanowiczów: Życie z poświęceniem dla innych

Informacje, 20 marca 2022 09:59

Wygody i komfort własnego życia pozostawili na boku. Ich powołaniem stało się pomaganie innym. Dzięki nim sporo dzieci z rodzin patologicznych, alkoholików czy nawet pewnego kryminalisty znalazło bezpieczną przystań. Pomagają też potrzebującym, niepełnosprawnym, a nawet ratują, i to skutecznie, małżeństwa w kryzysie.

Dubanowicze

Marzenia się spełniają, ale…

Andrychowianie Małgorzata i Bogdan Dubanowiczowie tworzą rodzinę wyjątkową. On aktywnie działa na rzecz osób niepełnosprawnych i ich rodzin. Jest prezesem Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Rodzin i Przyjaciół Osób z Niepełnosprawnością „Razem – Zawsze”. Ponadto wspiera oraz skutecznie godzi małżonków, którzy są w kryzysie, niejednokrotnie deklarujących już chęć rozejścia się. Odnosi w tym niemałe sukcesy. Ona związała się z „Cartitasem”, niosąc pomoc potrzebującym. Ich bodaj największą misją, bo realizowaną każdego dnia i nocy, są dzieci. Choć mają trzech dorosłych już synów, to od 21 lat zajmują się także cudzymi, skrzywdzonymi przez los, które traktują jak własne. Tworzą rodzinę zastępczą, a w stosunku do jednej podopiecznej także adopcyjną. W sumie, prócz własnych synów, mają i mieli pod opieką 21 dzieci.

– Wszystko zaczęło się od marzeń, kiedy jeszcze tworzyliśmy „Oazę” w kościele na Osiedlu – wspomina Bogdan Dubanowicz. – To były czasy upadku komunizmu. I te dobre intencje u nas jakoś rosły przez lata. Być może wiązało się to ze środowiskiem takim Bożym, moralnym, w jakim wzrastaliśmy. – Zawsze byliśmy na biedę i nędzę uwrażliwieni – uzupełnia pani Małgorzata.

Stwierdza ona, iż oboje z mężem zawsze poszukiwali czegoś, w czym mogliby zrealizować dobro dla innych. Mieli dużo przemyśleń na temat dzieci porzuconych czy z patologicznych rodzin. – Mieliśmy wtedy mgliste pojęcie o tym wszystkim, przesiąknięci ideałami i marzeniami – dodaje andrychowianka. Praktyczna część misji rozpoczęła się od wysłuchania w telewizji informacji, iż państwo tworzy rodziny zastępcze. Pani Małgorzacie, matce trzech synów, brakowało córki. Z myślą o tym udała się zatem do Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Wadowicach. Tam dowiedziała się, że nie ma szans na dziewczynkę. Małżonkowie ukończyli jednak kursy dla chętnych bycia rodziną zastępczą. – Tam ociosano nas z marzeń i sprowadzono do realiów – informuje Małgorzata Dubanowicz. – Te dzieci nigdy nie są zdrowe. Teraz z 21-letnim doświadczeniem wiem, że jeśli nawet pięknie wyglądają, to niosą ogromny bagaż doświadczeń ze sobą. Odbija się to na ich życiu.

Pan Bogdan zwraca uwagę, że to młodzi ludzie wzrastający w środowisku poranionym, toksycznym, gdzie naoglądali się różnych rzeczy. -Te dzieci potrzebują trzech rzeczy: miłości, poczucia bezpieczeństwa i jeszcze większej miłości – podkreśla Bogdan Dubanowicz.

Ukochana niepełnosprawna

A dziewczynkę znaleźli zupełnie poza PCPR. Towarzyszyły temu rozterki i dylematy. Przed jednymi zajęciami usłyszeli od prowadzącej je psycholog, iż w domu pomocy społecznej prowadzonym przez siostry zakonne w Wadowicach jest dziewczynka chora na zespół Downa. Cofa się w rozwoju, jest w coraz gorszym stanie. – Gdy wróciliśmy do domu, to mąż powiedział, żeby wziął tę dziewczynkę – relacjonuje kobieta. – A we mnie odezwał się jakiś taki bunt. Chore dziecko. To miała być przecież taka moja „córeczka”. Gdy zostawałam sama i zaczęłam to wszystko analizować, to doszłam do wniosku, że jest coś strasznego w tym moim myśleniu. Przecież dzieci to nie jest kapusta na rynku, że sobie wybieramy. Równie dobrze w naszej rodzinie mogło nam się przecież takie dziecko urodzić. I mamy Anię.

Ania, dziś 27-letnia osoba, mieszka nadal z rodzicami adopcyjnymi. Wymaga ciągłej rehabilitacji. Wniosła do rodziny wiele ciepła i nowego spojrzenia na miłość oraz relacje w rodzinie. Nasi rozmówcy zgodnie przyznają, że jeszcze bardziej zintegrowała rodzinę. Biologiczni synowie naszych bohaterów prześcigali się w opiece i wspólnych zabawach z nią. U państwa Dubanowiczów pojawiały się kolejne dzieci. Przyjmowali je przez 10 lat zupełnie społecznie. Nie otrzymali bowiem początkowo statusu zawodowej rodziny zastępczej ze względu na… warunki lokalowe. Mimo to nie odmawiali kolejnych przyjęć podopiecznych. Aż trudno uwierzyć, że mieszkając w bloku na osiedlu przy ulicy Lenartowicza i dysponując skromnym, trzypokojowym mieszkaniem, żyli w nim nawet w dziewiątkę – małżonkowie, trzech biologicznych synów i czwórka „obcych”. W końcu zdecydowali się na wzięcie kredytu i kupno domu w zachodniej części Andrychowa. Poprawiły się nie tylko warunki lokalowe, ale także co nieco materialne, gdyż stali się wreszcie zawodową rodziną zastępczą.

Życie codzienne

Każde spośród dwudziestu jeden przyjętych dzieci, które mieli lub jeszcze mają pod swoją opieką, to osobna historia. Można o tym napisać opasłą książkę. Obecnie u państwa Dubanowiczów przebywa siedmioro podopiecznych, głównie z powiatu wadowickiego, ale również z Łodzi. Starsi mają pokoje na dwóch wyższych kondygnacjach, maleństwa są z panią Małgorzatą i panem Bogdanem na parterze. Centrum życia rodzinnego koncentruje się w saloniku przy kuchni. Znajduje się tutaj duży stół, są krzesła, także rozkładane. To miejsce nie tylko na posiłki, ale także na odrabianie lekcji. Szczęśliwym trafem pan Dubanowicz jest humanistą, a żona „ścisłowcem”, a więc pomoc jest kompleksowa. Przynosi to fantastyczne rezultaty. Dzieci, które nie radziły sobie nawet z elementarnymi zasadami higieny, teraz są studentami. Podopieczny początkowo wracający ze szkoły wyłącznie z jedynkami czy dwójkami po niespełna roku pobytu u andrychowskiej rodziny osiąga czwórki z plusem.

Państwo Dubanowiczowie pracują od rana do wieczora. On dzieli to jeszcze z działalnością zawodową. Ona dawniej pracowała w aptece, ale odkąd jest z nimi Ania, to pozostaje w domu. Pobudkę mają o szóstej rano, aczkolwiek trudno to tak nawet nazwać, gdyż w nocy wstają do najmłodszych po kilka razy. Dzieci mają budziki nastawione na siódmą. Rozkład dnia jest bardzo napięty. Praktycznie nie ma ani minuty przestoju. Od przygotowywania posiłków i wyprawiania dzieci do szkół czy Ani na rehabilitację po popołudniowe oraz wieczorne odrabianie lekcji. Ciągłego dozoru wymaga najmłodsza (jednoroczna), bardzo schorowana dziewczynka. Trzeba też wykonać pracę biurokratyczną czyli sprawozdanie z działalności dla PCPR. A i nierzadko zdarzają się dni, gdy któreś z dzieci zachoruje, co zmienia radykalnie plan dnia. Ale są też drobne przyjemności zbiorowe i indywidualne w zależności od zainteresowań, w tym na przykład wypady na narciarskie stoki, gra w piłkę nożną, wędrówki po górach czy działalność oazowa. A latem obowiązkowy wspólny wyjazd dwoma samochodami na Mazury i nad Bałtyk. Bywają także eskapady zagraniczne. Pani Małgorzata dostaje od męża raz na jakiś czas coś w rodzaju urlopu. Wówczas realizuje swoje podróżnicze pasje. Wtedy on bierze wszystko na własne barki. Działa to również w drugą stronę, ale pan Bogdan wypoczywa raczej w pobliżu, zasiadając przy dobrych książkach. W domu państwa Dubanowiczów nie widać, by ich rodzinne ognisko różniło się od innych tak zwanych typowych gospodarstw. Czuć tu jednak na każdym kroku jakieś ciepło, coś co trudno opisać w kilku słowach.

Tekst i foto: Jacek Dyrlaga Małgorzata i Bogdan Dubanowiczowie wraz z roczną, schorowaną dziewczynką, która wymaga najwięcej serca i opieki.

Podziel się
Skip to content