Przejdź do treści
Reklama
Reklama

Pączek jako zjawisko popkulturowe

Na luzie, 12 lutego 2026 11:32

W subkulturze jest pełno rzeczy, które są większe niż one same. I nie mówię o osobach jak Danny DeVito czy Dustin Hoffman. Chodzi o rzeczy. Dżinsy (zwane ongiś teksasami), rock and roll, memy z kotami i… pączek. Tłustoczwartkowy złoty cielec ociekający tłuszczem. Okrągły, nadziany ambasador zbiorowej słabości okresu przedpostnego. Raz w roku przejmuje władzę nad krajem z siłą, jaka się żadnej partii politycznej w życiu nie śniła. Bo pączek nie pyta o poglądy, tylko jednoczy.

Dawno, dawno temu, w krainie leżącej u stóp Beskidu Małego (tzn. wcale nie tak strasznie dawno, raptem pod koniec ubiegłego stulecia, kiedy było bardziej czarno-biało niż teraz, a telefon służył do dzwonienia), a konkretnie w Andrychowie, tłusty czwartek zaczynał się wcześniej. Piekarnie ruszały już późnym wieczorem i zaczynał się wypiek pączków. W zasadzie to smażenie, bo pączki się smaży i to podobno na smalcu (wtedy najlepsze wychodzą). Wtedy całe miasto pachniało, z Batorego nawiewało od piekarni PSS, w centrum pachniało od Frysia i Byliców – chyba najbardziej z tej ostatniej. I to „pachnienie” to nie tylko metafora, to fakt. Wtedy wszyscy spragnieni słodyczy i odrobiny marmoladowego koloru mieszkańcy czuli „o! jutro święto!”.

Wszystkie piekarnie pracowały, światła paliły się długo, szyby parowały, tłuszcz skwierczał, a z uchylonych drzwi na zewnątrz wydobywał się zapach, taki, który jak ktoś poczuł, to pamięta do końca. Ten zapach po spacerze przez Rynek i okolice wchodził we wszystko, kurtki, włosy, a przede wszystkim pamięć. Pamiętać należy, że wtedy nie było mediów społecznościowych, kampanii reklamowych, pączkowych influencerów. Po prostu były pączki.

Właśnie to „po prostu jest tu kluczowe”. Bo te pączki były… zwyczajne, z marmoladą, a jak ktoś był „w czepku born” to trafił na takiego z różą. Posypane pudrem albo cienką warstwą lukru, który łamał się pod palcami, niczym lodowa kra końcówką zimy (bo przecież „tłusty czwartek” to zapowiedź wiosny). Dopiero później pojawiły się pączki z budyniem, adwokatem, czekoladą, kandyzowaną skórką pomarańczy itp.

Smaki typu pistacja Bronte, masło palone, słony karmel z Bretanii, krem inspirowany japońskim matcha latte, mięta z mascarpone, a do tego lukry we wszystkich kolorach tęczy to wynalazek współczesny. Wtedy był zapach, potem kolejka i finalnie pączek.

Właśnie ta kolejka była częścią rytuału. Stało się cierpliwie, bo mimo że kolejkowa odwilż już się dokonała, to mimo wszystko ludzie byli przyzwyczajeni. Trochę się marzło, trochę się plotkowało. Nikt tam zdjęć nie robił i nie wrzucał na insta, jak to bohatersko w kolejce. Nikt nie pytał, czy pączek jest „fit”, nie liczył kalorii. Ważne było jedno – zdążyć, zanim zabraknie. Bo pączek był narodowym dobrem, ale ograniczonym. Przez to pożądanym i smakującym… wspólnotą, bo wtedy, czy przy pączku czy bez, wspólnota była nieco bardziej niż teraz.

Dzisiaj pączek stał się czymś innym. Zjawiskiem popkulturowym. Wszedł na salony z przytupem i hasztagiem. Powstały wyspecjalizowane pączkarnie. Nie piekarnie, nie cukiernie, a pączkarnie. Jest popyt, jest podaż – logiczne. Pączkarnie mają witryny jak u jubilera, ale zamiast brylantów, pierścionków, wisiorków i bransolet leżą… pączki. O różnych kształtach, oponki, znaczy wybaczcie donuty, klasyczne pączki, koperty. Już nie z dżemem, a z ricottą, nadzieniem pistacjowo-malinowym, miętowo-czekoladowym, oreowym, dubajskim, krem o smaku prosseco. Pączek przestał być przekąską, dodatkiem do kawy, stał się doświadczeniem!

Współczesny pączek to strategia marketingowa opakowana w drożdżowe ciasto i polana lukrem w setkach wariantów. Tłusty czwartek to jego pięć minut w relacjach na Instagramie czy facebooku. Pączek ma swoje rankingi w portalach i ceny, które czasami można porównać do reklamowego Prime Time w przerwie finału Super Bowl (u Magdy Gessler dwa pączusie – 50 złotych). Dzisiejsza kolejka w tłusty czwartek to nie tylko potrzeba zakupu pączka, ale konieczność wykonania zdjęcia. Dzisiejszy pączek musi być smaczny, ale przede wszystkim… musi być fotogeniczny, musi mieć przekrój i musi się „lać”.

Można by było westchnąć z nostalgią: „kiedyś to były czasy, teraz nie ma czasów”. Było prawdziwie, skromnie, pachnąco jak w Andrychowie w Rynku. Ale… może ten pączek był zawsze popkulturowy, tylko na miarę czasów i możliwości?

Przed laty był symbolem domowego ciepła i wspólnoty. Dziś jest symbolem różnorodności wyboru i rozbuchanej nadmiarowości społeczeństwa. Symbolem oczekiwań i możliwości. Pączek w obu przypadkach – historycznym i współczesnym, pełni tę samą funkcję – daj sobie moment przesady, pozwól sobie na legalne „więcej”. Więcej cukru, więcej tłuszczu, więcej radości, bo parafrazując klasyka, „ten tłuszcz ci się po prostu należy!”. Raz w roku nie musisz być „fit”.

Pączek jest najbardziej demokratycznym zjawiskiem, jakie pojawia się w ciągu roku. Możesz go sobie kupić w osiedlowej piekarni, sklepiku u sąsiada, sieciówce (tam to nawet po 5 groszy latają), u Gesslerowej albo w modnej paczkarni. Możesz wybrać klasykę, czyli marmoladę albo różę, a możesz nowoczesność – dubajską czekoladę z prażoną pistacją z północnego stoku wydmy Al-Fateh. Ostatecznie, w jednym i drugim wypadku, pierwszy kęs i puder na kurtce oznacza bycie częścią czegoś większego. Tłustoczwartkowego socjologicznego zjawiska.

I chyba nie chodzi o to, czy lepszy był Andrychów pachnący robionym nocą wypiekiem, bez ciasta z głębokiego mrożenia, czy dzisiejsze miasta pachnące marketingiem i pistacją w cenie za sztukę większej niż paletka 12 sztuk ze sklepu z owadem. Chodzi o to, że pączek wciąż zatrzymuje nas na moment na przełomie zimy i wiosny. W kolejce, przy ladzie, przy biurku w pracy albo w domu. Tworzy moment interakcji i wspólnoty, kiedy ktoś podchodzi z talerzem albo kartonem i mówi „bierz, bo zaraz się skończą”. Bo w świecie, który pędzi w coraz większym tempie, ten pączek jest drożdżową przypominajką, że czasami warto zatoczyć koło i wrócić do wspomnień – zapachu „U Bylicowej”, przy jednoczesnym puszczeniu oka do współczesności, która nawet z drożdżowego ciasta robi show.

mm, Fot. Redakcja

Podziel się

Audycje / Posłuchaj więcej podcastów

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Przejdź do treści