Przejdź do treści
Reklama
Reklama

O tym jak się jeździło z Andrychowa do Oświęcimia furmankami po cement w 1885 roku

Informacje, 03 stycznia 2021 07:29

W czerwcu 1885 roku Jan Sikorski – CK Drogomistrz z Oświęcimia – doniósł CK Starostwu w Białej o sytuacji, jakiej był uczestnikiem. Drogomistrz to osoba odpowiadająca za konserwację i eksploatację dróg. W czasie „obchodzenia gościńca” Sikorski zauważył, że przed karczmą w Kańczudze zaparkowano kilka wozów z końmi na całej szerokości drogi.

Wezwał on furmanów do zrobienia miejsca „dla jadącej publiczności”, co też ci bez pośpiechu uczynili. Jeden zaprzęg jednak pozostał nadal na środku drogi. Chcąc go usunąć, drogomistrz chwycił za uzdę, Wtedy podbiegł do niego furman i wdał się w utarczkę słowną. W celu ukarania, drogomistrz wezwał woźnicę do podania imienia i nazwiska. Ten jednak tego nie wyjawił. Następnie czym prędzej odjechał w stronę Oświęcimia. Jan Sikorski nie odpuścił sprawy i poszedł do karczmarza w celu rozeznania personaliów uciekiniera. Karczmarz oczywiście wzbraniał się przed wyjawieniem jego nazwiska, jednak powiedział, że tenże furman pracował u „Steinbergiera” z Andrychowa i jechał po cement do Oświęcimia dla niejakiego „Sznicera”, również z Andrychowa.

Aby pociągnąć do odpowiedzialności krnąbrnego woźnicę należało przesłuchać świadków wydarzeń. Ponieważ doniesienie Sikorskiego prowadziło do Andrychowa – bialskie starostwo wezwało swojego wadowickiego odpowiednika do przeprowadzenia dochodzeń w tym temacie. Wadowickie starostwo natomiast poleciło przesłuchać „Steinbergiera” i jego woźnicę andrychowskiemu magistratowi.

Do przesłuchań doszło 10 lipca 1885 roku w siedzibie magistratu. Zeznania protokołował sekretarz Paweł Pilarz, podpisał je również ówczesny burmistrz – Marcin Gayczak. W wyniku przesłuchań ustalono, że nie chodziło o osobę o nazwisku „Steinbergier”, ale o Ferdynanda Stambergera, znanego w mieście właściciela farbiarni, mieszczącej się od strony dzisiejszej ulicy Legionów. Przesłuchano zarówno Stambergera, jego woźnicę, którym okazał się Jan Dwornik, a także kilka innych osób, będących świadkami tamtych wydarzeń. Z przesłuchania sporządzono obszerny protokół, składający się z dwunastu stron. Z jego treści wyłania się następujący obraz wydarzeń.

W 1885 roku Markus Schnitzer prowadził bliżej nieokreśloną inwestycję w swojej fabryce – farbiarni w Andrychowie na tzw. „blichu”. W tym też celu w czerwcu wysłał sześciu furmanów z końmi do Oświęcimia na stacje kolejową po cement (lub też „cyment” – jak zostało oryginalnie zapisane). Dwie fury należały do Schnitzera i powozili nimi Michał Bizoń (36 lat), pochodzący z Targanic oraz Wojciech Cholewka (20 lat). Ponadto – nie mając tylu środków transportu – wynajął od swojego znajomego po fachu Ferdynanda Stambergera, dwa wozy z furmanami Michałem Chyłko z Andrychowa (57 lat) oraz Janem Dwornikiem (26 lat), również z Andrychowa. Podnajął także dwóch mieszkańców Inwałdu – Józefa Polaka (18 lat), który był w służbie u andrychowianina Jakuba Borgera, a także Józefa Chmiela. W ten sposób zebrał potrzebną ilość wozów i ludzi dla przywiezienia cementu.

Wymieniony wyżej Jan Dwornik był głównym sprawcą całego zamieszania. Był to młody człowiek, mający 26 lat. Pochodził z Czańca, ale od czterech lat mieszkał i pracował w Andrychowie u Ferdynanda Stambergera jako pomocnik farbiarski. Często jednak był wykorzystywany jako woźnica i jeździł w różnych sprawunkach dla swojego mocodawcy, także na jarmarki z towarem na sprzedaż. Stamberger określił go słowami: „dobry robotnik do pracy jako czeladnik farbiarski, jest jednak zbyt butny i krnąbrny”. Mimo to Jan Dwornik w oczach Stambergera miał nieposzlakowaną opinię.

Spisane zeznania uczestników pozwalają nakreślić następujący ciąg wydarzeń. Jan Dwornik razem z Wojciechem Cholewką w drodze do Oświęcimia zatrzymali się w karczmie u Hupperta w Nowej Wsi, gdzie raczyli się wódką. W dalszej drodze – „dobrze gorzałką rozpaleni zuchwalcy” – ścigali się wozami tak intensywnie, że wóz Dwornika wpadł do rowu. Przy tej okazji koń zgubił podkowę. Po podkuciu konia Dwornik i Cholewka zatrzymali się w karczmie w Kańczudze, należącej do Foltańskiego, miejscowego właściciela obszaru dworskiego, a prowadzonej przez Wolfa Schora. Tu kontynuowali libację. Dwornik zostawił swój wóz w nieładzie na środku drogi przed karczmą – co było przyczyną interwencji drogomistrza Sikorskiego. Faktycznie Dwornik szarpał się z nim. Wyzywając i grożąc pobiciem, odjechał w stronę Oświęcimia. Dojeżdżając do Oświęcimia – razem z furmanem Wojciechem Cholewką – nie chcieli płacić myta i próbowali objechać pobór opłat, jednak zostali złapani i przymuszeni do uiszczenia podatku. W drodze powrotnej, już z załadowanymi wozami (na każdym było po ok. 800 kilogramów cementu), „znowu po gościńcu się mijali i tak prędko jechali, aż strach było się patrzeć”. Przy tej sposobności Dwornik urwał dyszel od swojego powozu. Ścigając się obaj furmani okładali się batami tak zaciekle, że Cholewka spadł z wozu i o mało co nie został przez niego przejechany. Jadąc przez Łęki, nadal się ścigając i okładając batami – wjechali w pobliskie pole z jęczmieniem. Jeden z dworskich pracowników, doglądających pola, uderzył Dwornika w głowę tak, że ten zalał się krwią („krew lała się z niego jak z bydlęcia”). Kolejny przystanek nastąpił znów w kańczuckiej karczmie, gdzie Dwornik doprowadził się do porządku i pokrzepił kolejną dawką alkoholu. Ruszył w dalszą drogę, atakując jednocześnie w dotychczas praktykowany sposób Cholewkę i furmana Józefa Polaka. Robił to tak zapalczywie, że ci porzucili wozy i uciekli w pole. Krzyczał do nich, że zabije ich „buczkiem” względnie „knutlem”. Wybryki Jana Dwornika zostały przystopowane dopiero w Kętach, gdzie tamtejsza policja aresztowała go i odstawiła do miejscowego aresztu. To go jednak nie uspokoiło. Wykupiony przez jednego z woźniców, ruszył w drogę do Andrychowa, również pędząc na złamanie karku. Przy tej okazji w Bulowicach zaczepił się o wóz załadowany drewnem, wyrządzając jednak tylko sobie szkodę, w postaci urwanego dyszla.

Cała ta sprawa nie znalazła finału w postaci ukarania winnych całego zamieszania. W styczniu 1886 roku zanotowano, że pozostawienie koni bez dozoru na drodze miało być karane sądownie „przeto ze względu na zaszłe już przedawnienie – ad acta”.

Michał Jarnot Fot. Jacek Dyrlaga – Współczesne zdjęcie ilustracyjne z Targanic

Tekst napisano w oparciu o materiały przechowywane w Archiwum Państwowym w Katowicach Oddział w Bielsku-Białej, zespół nr 13/689 Starostwo Powiatowe w Białej Krakowskiej, sygnatura 61.

Podziel się
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Skip to content