Przejdź do treści
Reklama
baner-reklamowy-Leroy-Merlin-oferty-pracy
Reklama
baner-Narodowy-Spis-Powszechny-2021

Moja odyseja…

Kultura, 11 czerwca 2020 08:41

Z Polski wyjechała w chwili wybuchu II wojny światowej. Po wielu latach tułaczki osiadła w we Włoszech, jednak tęsknota za krajem pozostała, czemu daje wyraz w wydanych niedawno wspomnieniach. Z Wandą Romer – autorką „(Na)dziei”, tłumaczką języków obcych i zasłużoną działaczką „Ogniska Polskiego” w Turynie, rozmawia Daria Rusin.

Kiedy i w jakich okolicznościach pojawił się pomysł na spisanie wspomnień? Czy książka powstawała od początku w języku polskim?

Wanda Romer: Ciągle wspominałam te moje przeżycia, opowiadałam koleżankom, przyjaciołom, więc chciałam je też napisać. Kiedy wreszcie znalazłam dość czasu by zrealizować swój pomysł, a to było mniej więcej czterdzieści lat temu, zrobiłam to po francusku, gdyż żyła jeszcze moja Matka, a ja wówczas nie miałam kontaktu z językiem polskim. Z moją Matką mówiłam wyłącznie po francusku (ostatni raz uczyłam się po polsku w Bukareszcie w II klasie gimnazjalnej). Napisałam tylko pierwszą część, do chwili gdy poznałam mojego przyszłego męża. Później, będąc tłumaczem zawodowo, przetłumaczyłam dla włoskich przyjaciół na język włoski. Mniej więcej 10 lat temu zdecydowałam się opublikować moje wspomnienia po polsku, poszerzone o drugą część, już współczesną. W międzyczasie pracowałam już w Ognisku Polskim w Turynie, więc moja polszczyzna się nieco poprawiła.

Skąd tytuł „(Na)dzieje”?
Z tytułem miałam kłopoty. Wersja francuska nazywała się „Odisee du XX siècle”. Przez wszystkie rozdziały, a więc dzieje mojego życia, przewijają się moje różne nadzieje, zawsze byłam optymistką, snułam plany i marzenia oraz wierzyłam, że one się spełnią. Mąż Basi Romer Kukulskiej wpadł na pomysł [NA]DZIEJE – uznałam, że to bardzo trafnie odnosi się do moich losów.

Wanda Romer podczas spotkania poświęconego (Na)dziejom w Turynie 15 lutego 2020 r.

Opowieść rozpoczyna Pani od wybuchu II wojny światowej i wyjazdu z rodzinnego majątku w Inwałdzie. Dlaczego właśnie ten moment?
W 1939 roku miałam 7 lat. Wybuch wojny był dla mnie ogromnym przeżyciem, nagle wszystko co kochałam, musiałam porzucić, opuścić bliską rodzinę i wyjechać w nieznane, w panice i popłochu uciekając przed bombami. Tamte pierwsze dni wojny wryły się w moją pamięć bardzo mocno, wracały do mnie w koszmarnych snach przez wiele lat. Ale również dlatego, że wspomnienia są na tle historycznym i był to dobry początek dla książki. Przerywam tragiczne chwile w Krakowie i opowiadam trochę o wcześniejszych latach i ciekawych zdarzeniach, a potem wracam do okrutnej podróży i ucieczki do Rumunii.

Ta drobiazgowość opisów i niezwykła spostrzegawczość zaskakują, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że swoją historię rozpoczyna Pani od wspomnień z czasów dzieciństwa. Uderza również fakt, że już w tej pierwszej części wprowadza Pani czytelnika w świat, który zwykle był przed dziećmi przecież zamknięty, mam tu na myśli przede wszystkim środowisko dyplomatów.
Muszę Pani zdradzić, że mam doskonałą pamięć, na przykład do dziś pamiętam smak lodów z Andrychowa, z małej cukierni, do której często jeździłam linijką (jednokołowy pojazd z deską – przyp. red.). Byłam trochę niezwykłym dzieckiem, może dlatego, że urodziłam się 8 lat po ślubie rodziców. Bardzo kochałam Ojca, który często się ze mną bawił i uczył mnie pieśni Legionów (pamiętam je do dziś). Rodzice włączyli mnie do swojego codziennego życia, co spowodowało, że ich świat stał się też moim, traktowali mnie bardzo dorośle. Mama, by spełnić moje marzenie, zabierała mnie do Zamku Królewskiego „na herbatę” żon dyplomatów i pani prezydentowej, co rzeczywiście było niezwykłe, gdyż na ogół dzieci zostawały z guwernantkami. Kiedy się urodziłam, nazwali mnie żartobliwie „Protocolinette”, bo mój ojciec był wtedy Szefem Protokołu w MSZ-cie, wówczas była to odpowiedzialna dyplomatyczna funkcja. Kiedy w 1938 roku straciłam Tatę, to nagle bardzo dojrzałam, bo bardzo cierpiałam. Ta tragedia zaważyła na moim życiu. Moje zainteresowania skierowały się na dyplomację, książki historyczne, języki, bo to jakoś wiązało się z moim Ojcem. Do dziś znajomi pytają mnie, jak posadzić ważnych gości przy stole oraz o tzw. etykietę.

W książce mamy okazję poznać Pani losy na tle wielkiej historii, jest ona jednak zaprezentowana od zupełnie innej strony. Wspomnienia te przeplatają się w książce z opisami sytuacji politycznej w Rumunii z czasów II wojny światowej i bezpośrednio po niej, a także w powojennych Włoszech. Skąd czerpała Pani informacje na ten temat?
Wszystko co opisałam jest prawdą, tzn. wydarzyło się naprawdę. Bywa, że właśnie dzieci oceniają historię z prawdziwego punktu widzenia, mimo młodego wieku, bo ją przeżywają. Każdy historyk widzi historię ze swojego osobistego punktu widzenia, zależnie od kraju pochodzenia, a nawet uniwersytetu. To co piszę o rumuńskich dziejach, było dyskutowane w domu przez Babcię, Mamę i Ciocię, które interesowały się polityczną sytuacją. Pogłębiłam tę wiedzę czytając, i tak tło historyczne znalazło potwierdzenie w książce francuskiego historyka, zresztą podałam na początku książki materiały źródłowe (mowa o „Destin de la Roumanie” Henri’ego Prosta – przyp. red.). Jeśli chodzi o powojenną włoską rzeczywistość, to ona bardzo mnie zaskoczyła swoim zacofaniem, toteż opisałam te dziwne włoskie sytuacje życiowe.

Wanda Romer podczas spotkania poświęconego (Na)dziejom w Turynie 15 lutego 2020 r.

(Na)dzieje” to również barwny opis polskiej emigracji po II wojnie światowej. Mimo, że pozostała Pani za granicą, cały czas interesuje się Pani sytuacją w Polsce i angażuje w działalność Polonii w Turynie.
Moja Matka była z urodzenia Rumunką, ale prawie nigdy nie zamieszkała w swoim kraju, ponieważ dziadkowie 40 lat spędzili na różnych zagranicznych placówkach dyplomatycznych. U dziadków mówiło się w domu po francusku. Mama po ślubie z moim Ojcem tak pokochała Polskę, całym sercem, że czuła się tylko Polką i wychowała mnie z podobnymi uczuciami. Obie szukałyśmy zawsze kontaktu z rodakami. W Turynie pracowałam (jako wolontariuszka) 25 lat dla Polonii emigracyjnej. To były dla mnie bardzo ważne i piękne chwile, dlatego jestem trochę dumna z medali „Solidarności” oraz Krzyży Orderu Zasługi R.P.

(Na)dzieje” to nie tylko wielka historia, ale także opowieść o szukaniu swojego miejsca na Ziemi. Mimo trudnych nieraz wspomnień, nie brak w tej opowieści ciepła i pozytywnych emocji.
Podczas wojny marzyłyśmy, tzn. Mama i ja, by wrócić do Polski. Niestety okazało się to niemożliwe z powodów politycznych, tak jak w przypadku wielu innych Polaków. Owszem, próbowałam znaleźć “swoje gniazdo” by stworzyć własną rodzinę, mimo to nie czułam się u siebie, choć bardzo kochałam mojego męża i miałam wielu włoskich przyjaciół. Czułam się dobrze tylko w polskim towarzystwie. Oczywiście, w ciągu mojego życia miałam również radosne chwile i byłam szczęśliwa. Przyszły one po strasznych przeżyciach i wielu przygodach.

Jeśli chodzi o formę, „(Na)dzieje” są dość specyficzną książką – jest to autobiografia z elementami powieści. Czy był to zabieg zamierzony?
Tak, jak najbardziej. Od dzieciństwa marzyłam by zostać pisarką, pisałam różne krótkie opowiadania (Miasto Turyn nagrodziło wyróżnieniem jedno z nich). Niestety nie dane mi było zrealizowanie tego marzenia, gdyż nie miałam możliwości kontynuowania studiów i ciągle brakowało mi czasu. Mam taki starodawny zwyczaj, że nie piszę bezpośrednio na maszynie czy komputerze. Myślę, i rzucam te myśli na byle jaki papier, dopiero później składam, układam w całość i przepisuję.

Jak mówiła moja matka, jesteśmy jakby w pociągu. Widzimy przed nami zmieniające się krajobrazy, poznajemy osoby, które stają się nam bliskie, niestety potem wysiadają, a inne wchodzą do naszego przedziału. Cieszymy się, że były” – to chyba jeden z najpiękniejszych cytatów pochodzących z „(Na)dziei”. We wstępie do książki możemy przeczytać, że chęć upamiętnienia osób, które miały wpływ na Pani życie była jednym z głównych celów, jakie przyświecały Pani podczas pracy nad nią.
No właśnie. Chciałam upamiętnić i podzielić się uczuciami dla moich bliskich z Czytelnikami, bo były to dla mnie nadzwyczajne osoby. Pomyślałam także, że opisanie niektórych ważnych osobistości, publicznych postaci, nawet z historycznego punktu widzenia, innych ciekawych osobowości, które przewinęły się przez „przedział w moim pędzącym życiowym pociągu”, może być interesujące, gdyż opisuję je z perspektywy prywatnych spotkań, jakby zza kulis życia publicznego.

Z zakończenia wynika, że z zaciekawieniem i pewną obawą obserwuje Pani jak młode pokolenie dostosowuje się do powtarzającej się historii naszej planety. Czy na podstawie Pani obserwacji potrafimy wyciągać wnioski z doświadczeń poprzednich pokoleń?
Niestety obserwuję, że dużo błędów popełnionych przez poprzednie pokolenia często się powtarza. Szkoła powinna więcej uczyć o przeszłości. Oczywiście, wrażliwość ludzi się trochę zmieniła, szczególnie w stosunku do otoczenia, tzn. środowiska i ludzi. Moim zdaniem ludzie za bardzo skupiają się na materialnej stronie życiowej, tzn. pędzi się do przodu aby zdobyć fortunę i karierę oraz władzę. Może ta pandemia pomoże nam zastanowić się, czy nie lepiej wykorzystać, zamiast niszczyć zabytki kultury i przyrodę, które nas otaczają. Czy nie lepiej też bardziej cenić i szanować ludzi, którzy właśnie są razem z nami w tym „ekspresowym pociągu życiowym”, pędzącym razem z Ziemią we wszechświecie…

Jakie są Pani plany na najbliższą przyszłość? Obecna sytuacja pokrzyżowała niestety – oby jedynie tymczasowo – plany zorganizowania spotkania autorskiego z Pani udziałem w naszej Gminie…
Obecne warunki jeszcze nie pozwalają na podróże. Może, tu znowu: nadzieja, niebawem będę mogła jeszcze przyjechać do Inwałdu, do Andrychowa i do Warszawy.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Podziel się
Reklama
baner-Narodowy-Spis-Powszechny-2021
Reklama
gabinet dietetyczny-baner
Reklama
Reklama
wydarzenia kulturalne baner
Reklama
baner-Narodowy-Spis-Powszechny-2021
Skip to content