Zgodnie z przewidywaniami młodzi zawodnicy ze stolicy Podkarpacia zagrali na luzie, bez zbędnej presji, bo to siatkarze z Andrychowa musieli, a oni tylko mogli. W efekcie już pierwszy set dostarczył wielkich emocji. Nieoczekiwanie to gospodarze szybko objęli dwupunktowe prowadzenie (6:4 dla AKS), które potem jeszcze powiększyli o kolejny punkt (11:8). Po chwili było już jednak 13:13. Dwie kolejne akcje na swoją korzyść wprawdzie zapisali Rzeszowianie, lecz przegrać… pięć następnych. W efekcie na tablicy wyników z rezultatu 15:13 dla AKS zrobiło się 18:15 dla MKS. O losach seta zadecydowała jednak końcówka, bo przed decydującą fazą Rzeszowianie doprowadzili do stanu 20:20.
Po zmianie stron MKS praktycznie od początku do końca kontrolował sytuację na parkiecie i pewnie zwyciężył w drugiej partii. Jednak w trzeciej zdołał ugrać raptem 19 punktów. Co więcej rywale chcieli iść za ciosem i w czwartym secie wygrywali już 16:11. Ba prowadzili nawet 22:16. A co się stało potem? Tego nie potrafią wyjaśnić chyba najlepsi psycholodzy. Gra i psychika Rzeszowian zupełnie się posypały i do końca meczu nie zdołali już zapunktować, tracąc tym samym dziewięć punktów w jednym ustawieniu.
AKS V LO Rzeszów – MKS Andrychów 1:3 (23:25, 20:25, 25:19, 22:25)
woc







