Przejdź do treści
Reklama
Reklama

Mistrz szos z andrychowskiej Górnicy

Sport, 17 października 2020 18:34

Gdy ulicą Żwirki i Wigury mknęli kolarze uczestniczący w tegorocznym Tour de Pologne on stanął wraz z rodziną i przyjaciółmi obok jezdni. Miał ze sobą okazały puchar, który położył na chodniku. To największe jego trofeum w karierze, za zwycięstwo w… Tour de Pologne, tyle że w 1970 roku.


Tak, tak, to nie pomyłka – w Andrychowie, na Górnicy mieszka niegdysiejszy mistrz szos. To Jan Stachura. W naszym mieście znalazł przed laty spokojny i jak zapewnia ekologiczny zakątek dla siebie i rodziny. Ale może po kolei…

Chłopak na zwykłym rowerze równy kolarzom

Przygoda Jana Stachury z kolarstwem zaczęła się zupełnie przypadkowo. W dzieciństwie mieszkał w Łowiczkach koło Zatora. Jako szesnastolatek jechał na zwykłym rowerze do Oświęcimia. – Gdy wjechałem na główną szosę wiodącą do Oświęcimia, spotkałem dwóch kolarzy, jak się okazało potem, byli z Wadowic – wspomina nasz bohater. – I chcieli mnie „zgubić”, żebym nie jechał na zwykłym rowerze tak jak oni na rowerach wyścigowych. Nie udało się to im. To oni zaczęli mnie namawiać do zapisania się do klubu w Oświęcimiu a konkretnie do Unii, która działała przy dawnych zakładach chemicznych. W ten sposób późniejszy kolarski mistrz zaczął trenować. Mimo, że przesiadł się na wyczynowy jednoślad, to przyszło mu uprawiać sport w niełatwych czasach. O dobry sprzęt było bowiem bardzo trudno.

Sukcesy w Polsce oraz zagranicznych tourach

Jan Stachura pilnie trenował. Został zakwalifikowany do polskiej kadry narodowej. Wygrał wspomniany Tour de Pologne w 1970 roku. Nad drugim zawodnikiem miał przewagę około 3 minut. Przyznał, że był wtedy mocny, czuł siłę w nogach. Dwa lata wcześniej miał pojechać do Meksyku na Igrzyska Olimpijskie. – Miałem kraksę i nie wystąpiłem na olimpiadzie – mówi. – Odniosłem kontuzję nogi. Byłem na rozpoczęciu igrzysk, pojechałem też na ich zamknięcie. Spośród wielu swoich ścigań dobrze wspomina Wyścig Dookoła Anglii, w którym wygrał bardzo trudny etap oraz przez pewien czas był liderem tej imprezy. Zwyciężył też etap o długości 230 kilometrów w byłej Jugosławii. Na tamte czasy to były spore odległości. Do kadry narodowej należał sześć lat. Był podopiecznym słynnego Henryka Łasaka. Natomiast w Unii Oświęcim, co ciekawe, nie miał wykwalifikowanego trenera. Kolarzami opiekował się mechanik od rowerów, który podpowiadał jak jeździć.

Samotny finisz i jeden ze zwycięskich etapów podczas zagranicznych występów.

Kolejne kraksy i kontuzje

Pewnie jego kariera potoczyłaby się jeszcze o wiele lepiej, gdyby nie olbrzymi pech w postaci wypadków. To była najpierw kraksa w Wyścigu Dookoła Maroka. Złamał wtedy obojczyk i łopatkę. Do dziś pozostały mu „pamiątki” z tamtych czasów w postaci szram na ciele. Tamten wyścig rozgrywany na wiosnę był eliminacją do Wyścigu Pokoju. Po kilku miesiącach wrócił do ścigania. Miał wykonane usztywnienia z drutów. Jesienią zakwalifikował się do Wyścigu Dookoła Meksyku. I kolejny pech. – Rowery jak się pakuje do transportu, to pedały ustawia się do środka, aby nie zajmowały dużo miejsca – wyjaśnia Jan Stachura. – Potem na wyścig znów przywraca się stan podstawowy. Zawodnik z Holandii miał słabo zakręcony lewy pedał, pewnie przez mechanika zespołu. W Meksyku jechałem za tym Holendrem, któremu ten pedał wyskoczył z roweru. Wpadłem na niego i to co miałem wcześniej na drutach ustawione (chodzi o usztywnienie kości – dop. JD) znów połamałem.
I to był już praktycznie koniec kariery. Przypuszczalnie bardziej na tle psychicznym, na tym co „siedziało w głowie” niż w zakresie możliwości czy wydolności ciała. – Jak sportowiec ma uraz, to już nie wygrywa – dodaje Jan Stachura. Z kolarskiego roweru zszedł w 1978 roku. Ze sportem rozstawał się jednak długo, bo studiował na wrocławskiej Akademii Wychowania Fizycznego, której to uczelni jest absolwentem. Chociaż miał dyplom, nie zajął się już szkoleniem następców. Wybrał czas dla rodziny, nie chciał w „piątki i świątki” być w rozjazdach.

Bohater artykułu (z lewej) we własnej pasiece razem z Edwardem Śliwińskim dawnym rywalem z szos, przyjacielem i również pasjonatem pszczelarstwa.

Andrychów z pszczołami

Po zakończeniu kariery rozstał się też z Zakładami Chemicznymi „Oświęcim”. Musiał opuścić mieszkanie zakładowe. Wtedy zaczął się rozglądać za nowym lokum w innej miejscowości niż miasto nad Sołą. Szukał lepszej lokalizacji pod względem jakości powietrza, gdzie by nie śmierdziało oświęcimska chemią. I znalazł taki właśnie zaciszny zakątek na andrychowskiej Górnicy, oddalony o paręset metrów od ruchliwej drogi. Na działce tej wybudował dom. Niebagatelne znaczenie w decyzji wyboru miejsca miała bliskość gór. Nową pasją po zakończeniu sportowej kariery stało się dla Jana Stachury pszczelarstwo. I trzeba przyznać, że poświęca temu sporo czasu. Jego miody znajdują spore uznanie. Ma 60 pszczelich pni. Część uli wywozi w okolice Leskowca, do rodziny w Targoszowie, skąd pochodziła jego matka. Stamtąd uzyskuje miód spadziowy, a od pszczół przydomowych na Górnicy ma między innymi miody akacjowe i lipowe.

Tekst i foto: Jacek Dyrlaga, Foto historyczne: Archiwum prywatne Jana Stachury

Foto główne: Jan Stachura z rodziną i znajomymi przy pucharze za zwycięstwo w Tour de Pologne 1970 oczekuje na peleton tegorocznej edycji wyścigu.

Podziel się
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Skip to content