Przejdź do treści
Reklama
Reklama

Koleżanki z „Dwójki”: Dwie dziewczyny z jedną niewiadomą

Informacje, 02 maja 2021 08:34

W klasie siedziały jedna za drugą. Z przodu ta niższa, nazywana przez koleżanki i kolegów Jolą, choć tak naprawdę miała na imię Joanna. Za jej plecami miejsce miała Jadwiga. Dzielił je nie tylko odstęp między ławami, lecz także religia, pochodzenie i majątek rodzin.

Mimo to połączyła je może nie wielka przyjaźń, ale na pewno serdeczne koleżeństwo. Trwało tylko kilka lat, przerwane dramatycznymi okolicznościami…

To dziewczyny rocznika 1929: Joanna Haas i Jadwiga Wicher (potem po mężu Kubień). Były uczennicami Publicznej Szkoły Powszechnej nr 2 w Andrychowie. Obydwie uczyły się znakomicie. Zaglądam do starych, przedwojennych dokumentów udostępnionych mi przez dyrektor dzisiejszej „Dwójki” Elżbietę Górską-Zborowską. Klasa II a, rok szkolny 1936/1937. Pod nazwiskiem Joanny wpis, że jej rodzicami są Henryk i Elżbieta, dalej data urodzenia i wskazanie na wyznanie mojżeszowe. Oceny końcowe piątki i parę czwórek. Pod nazwiskiem Jadwigi, też czwórki i piątki, matka Anna – wdowa, wyznanie rzymskokatolickie.

Joanna, czy jakby powiedzieli jej znajomi „Jola”, miała w miarę jak na owe czasy sielskie życie, a już na pewno nie brakowało jej jedzenia. Była córką farmaceuty prowadzącego aptekę i zarazem sklep drogeryjny. – To była bardzo sympatyczna, ładna dziewczynka – wspomina Jadwiga Kubień. – Zaprowadziła mnie raz po szkole do apteki i drogerii, która mieściła się w pobliżu dzisiejszej poczty. Tam przywitał nas pan Haas, ojciec koleżanki. Rozmawiał z nami, nie pamiętam całej treści, ale tak popatrzył na mnie i powiedział: „Ty musisz tran pić, bo jesteś trochę blada”. I coś w tych słowach Henryka Haasa musiało być, gdyż Jadwidze, półsierocie, w domu się nie przelewało. Mieszkała przy ulicy Garncarskiej. Ojciec zmarł w dramatycznych okolicznościach, gdy jeszcze nie zaczęła szkolnej edukacji. Po tacie Franciszku, szewcu, pozostały jej lakierki, które z dumą nosiła. Jeden z nielicznych „skarbów” skromnie żyjącej dziewczyny. Rodzinę utrzymywała matka zatrudniona w Zakładach Czeczowiczka. Było ich troje rodzeństwa. Każdy wydatek, choćby 5 groszy na zeszyt, to był problem. Dzieci miały obowiązki w gospodarstwie domowym Aż dziw, że Jadwiga potrafiła znaleźć czas na naukę i uzyskiwać tak dobre oceny. Takich życiowych problemów na pewno nie miała Joann Haas, u której rodziny zatrudniano służbę. Niemniej jednak, nadchodziły tragiczne czasy i być może „Jola” chciałaby porzucić luksusy i zamienić się ze szkolną koleżanką. Jak podkreśla Jadwiga Kubień, przyszło jej uczyć się we wspaniałej klasie. Byli Polacy i grupka Żydów, dziewczęta i chłopcy, a wśród nich na przykład Stanisław Malinka, wieloletni, późniejszy prezes Andrychowskiej Spółdzielni Mieszkaniowej albo młody Antecki, syn właściciela stawu i tartaku. I ukochana nauczycielka, wychowawczyni w trzeciej klasie – Zofia Lenartowicz, częstująca kanapkami niedożywionych uczniów albo dopingująca ich dobrymi słowami. To było także doświadczenie poszanowania dla innych religii. Jak wspomina pani Jadwiga, nie oddzielano w ławkach Polaków od Żydów, a gdy katolicy odmawiali modlitwę, wyznawcy mojżeszowi w ciszy się przysłuchiwali.

Arkusz z ocenami Joanny Haas

I nadszedł najgorszy czas. Wrzesień 1939 roku. Nie rozpoczęli już czwartej klasy. Było jeszcze tylko spotkanie informacyjne, kto i na jakich zasadach może kontynuować naukę w początkach hitlerowskiej okupacji. Życie Jadwigi, i tak już niełatwe, stało się jeszcze bardziej ciężkie. Między innymi trafiła na rok do Oderbergu (Bohumina) na Śląsku Cieszyńskim w dzisiejszych Czechach. Choć sama była młoda, opiekowała się trojgiem dzieci tamtejszego gestapowca i niemieckiej Ślązaczki. Zajmowała się tam również gospodarstwem, w kuchni, ogrodzie i przy królikach. Z dziećmi gospodarzy nie mogła mówić po polsku. Nie miała odpowiedniego wieku i pracowała “na czarno”. Trafiła tam za sprawą mamy, która jeździła pociągiem z Andrychowa do Oderbergu, sprzedając owoce leśne (głównie borówki) i tam poznała Ślązaczkę, zapytała o pracę dla Jadwigi. Rodzinie w Andrychowie było dzięki temu nieco lżej. Dziewczyna wcale nie miała jednak lekko, bo jako nielegalnie zatrudnionej nie przysługiwały kartki na żywność. Zdana była zatem wyłącznie na rodzinę, u której pracowała. Zresztą wynagrodzeniem nie były pieniądze, a właśnie jedzenie. Gospodyni była dla Jadwigi dobra. Nie zrobiła awantury, gdy dziewczyna pierwszego dnia, głodna od rana po podróży zjadła całą pasztetową zamiast kawałka. Była tylko serdeczna rozmowa. Potem wielokrotnie chwaliła Jadwisię za sumienną pracę. Jadwiga Wicher (Kubień) dziś w wieku 92 lat cieszy się dobrym zdrowiem i ma wspaniałą pamięć. Mieszka na andrychowskiej Górnicy.

Tymczasem o Joannie „Joli” Haas i jej rodzinie słuch zaginął. Dziewczyny od wkroczenia wojsk niemieckich do Andrychowa nigdy się już nie zobaczyły. – Wielokrotnie myślałam o Joli – mówi Jadwiga Kubień. – Próbowałam się o niej czegoś dowiedzieć. Nie udało się. Tak bardzo chciałabym wiedzieć, co się z nią stało. O andrychowskiej rodzinie Haasów, choć musiała to być przecież znana w mieście rodzina, niewiele jest wzmianek w dokumentach. Jadwiga Janus natknęła się na to nazwisko jeden raz, w protokołach przedwojennej Rady Miejskiej, gdy odmówiono komuś innemu otwarcia drogerii, niejako konkurencyjnej do Henryka Haasa. Uznano, że jedna w mieście wystarczy, a poza tym konkurent nie miał odpowiednich kwalifikacji. Losy wojenne Haasów to już tylko znaki zapytania. Poprosiliśmy o informację właścicielkę Muzeum Historyczno-Etnograficznego w Andrychowie Iwonę Szlagor. Na razie nie ma optymistycznych wiadomości. Od szefowej muzeum otrzymaliśmy kilka odpowiedzi. W jednej z nich czytamy: – Jak wynika ze wspomnień p. Icchak Korn (Tel Awiw, Księga pamiątkowa): „Z Andrychowa uratowało się  25 Żydów, co stanowi mniej niż 10 procent ludności żydowskiej sprzed wojny zamieszkującej nasze miasto. Większość z nich zginęła w KL Auschwitz oraz w obozach pracy  na Górnym Śląsku.

Ci, którzy uciekli  we wrześniu 1939 roku do wschodniej Małopolski w większości również zginęli  czy to z rąk hitlerowców, gdy ci okupowali w 1941 tą część Galicji, czy też z głodu i zimna na Sybirze i w innych miejscach Rosji, dokąd zostali zesłani. Z innej informacji od Iwony Szlagor dowiedzieliśmy się, że w Muzeum Auschwitz nie ma dokumentów na nazwisko poszukiwanych przez nas osób. Szefowa muzeum przestudiowała też listę nazwisk osób ocalałych z andrychowskiego getta. Nie ma tam Haasów. Także Gmina Wyznaniowa Żydowska w Bielsku-Białej nie ma żadnych dokumentów dotyczących Haasów. Ostatnia nadzieja, to dokumenty w Izraelu. Na odpowiedź stamtąd czekamy z panią Iwoną od paru miesięcy, ale to szukanie wśród setek tysięcy, a może nawet więcej nazwisk.

Czy poznamy kiedykolwiek losy uroczej żydowskiej dziewczyny z andrychowskiej „Dwójki”?

Tekst i foto: Jacek Dyrlaga

Podziel się
Reklama
baner-Narodowy-Spis-Powszechny-2021
Reklama
Reklama
Gospodarstwo-Dudek-w-Zagórniku-baner
Reklama
Reklama
baner-Narodowy-Spis-Powszechny-2021
Skip to content