Przejdź do treści
Reklama

Gdybyś nie wiedział, że jesteś szczęściarzem

Informacje, 03 grudnia 2021 11:21

Dziś obchodzimy Międzynarodowy Dzień Osób z Niepełnosprawnościami. Z tej okazji przypominamy felieton Jadwigi Janus opublikowany w „Nowinach Andrychowskich” w czerwcu 2018 roku.

Na portalu społecznościowym posłanka Krystyna Pawłowicz podzieliła się spostrzeżeniem, że aktualnie w niektórych pomieszczeniach sejmu panuje (cyt.) trudny do zniesienia smród. Zaświadczać to może o sprawności zmysłu powonienia posłanki. Co do reszty jej zmysłów wyniki testów nie zostały jeszcze podane do publicznej wiadomości.

Smród niesie się nie tylko po sejmowym budynku. Niesie się po świecie. Wieść o trwającym już ponad miesiąc proteście matek i ich niepełnosprawnych dzieci dotarła do ONZ, do Parlamentu Europejskiego oraz zagranicznych mediów.

Śledzę wydarzenia z sejmu jakbym śledziła giełdę papierów wartościowych. Czynię to zgodnie z instruktażem autorstwa Jose Saramago. – Wartość pieniądza ulega zmianom, w przeciwieństwie do ludzi, którzy zawsze są warci tyle samo. Dużo albo nic – przeczytałam w jego książce „Baltazar i Blimunda”. Gdy komuś w konfrontacji z osobami z niepełnosprawnością dokucza smród, ktoś odgradza się kotarą, ktoś inny zamyka się na spotkanie, na dialog – nie wie co traci…

Też bym nie wiedziała, gdybym 1 września 2011 roku zdezerterowała. Końcem sierpnia powstała pilna potrzeba zatrudnienia na stanowisku opiekuna dzieci niepełnosprawnych dowożonych do szkoły w Kętach. Właśnie odchodziłam na emeryturę. Z Wydziału Oświaty zadzwonił telefon. Propozycja nie była kusząca pod względem finansowym, bo zamykała się w granicach kilkuset złotych, ale… – Czemu nie? – pomyślałam.

Tego pierwszego kursu nie zapomnę nigdy. Busem objeżdżaliśmy gminę zbierając dzieci z przystanków; dziesięć osób. Przez prawie 30 lat pracowałam z dziećmi, „przewinęło” się ich przez moje klasy ponad trzy setki. Wobec dziesiątki nowych podopiecznych czułam się bezradna i przerażona. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z taką skalą nieszczęścia, z taką różnorodnością problemów zdrowotnych zgromadzonych w jednym miejscu. Busik wiózł do szkoły dziesiątkę dzieci, ale też kilkadziesiąt rozmaitych jednostek chorobowych. Obejmowały one umysł i ciało; intelekt, narządy ruchu, mowy, wzroku…

Po pierwszym kursie, zamiast pod domem wysiadłam przed urzędem. Chciałam zgłosić, że rezygnuję z pracy. Że nie dam rady, że to jest ponad moje siły, że nie potrafię. Przed samymi drzwiami się zawahałam. Przecież nie dałam sobie ani czasu, ani szansy. – Szansy na co? – tego jeszcze nie wiedziałam.

Szybko okazało się, że pierwotna wizja pracy polegająca na zapięciu dziesięciu pasów bezpieczeństwa i spokojnym pokonaniu jednym kursem pięćdziesięciu kilometrów rozmija się z wyobrażeniami. Bo ktoś mnie opluł, ktoś wyrwał garść włosów, gdy schyliłam się, żeby zapiąć pas, ktoś zwymiotował, ktoś się posikał, ktoś się uparł że za żadne skarby nie wysiądzie z busa albo nie wejdzie do budynku szkolnego. Szybko okazało się także, że system pracy i metody, które mnie nie zawodziły w minionych trzydziestu latach, w wypadku nowych podopiecznych okazały się kompletnie nieprzydatne. Trudno było o porozumienie, wyjaśnienie czegokolwiek, ustalenie norm i zasad. Kilkoro dzieci nie mówiło wcale albo wydawało tylko bełkotliwe dźwięki. Busik stał się moim nowym miejscem pracy i moją szkołą. Każdego dnia uczyłam się czytać. I z każdym dniem coraz lepiej odgadywałam, co mówiły do mnie czyjeś oczy, wyraz twarzy, ruchy dłoni… Poznawałam nowy język, że okam to gazeta, muy to chmury, trtrtr – traktor, bua to po prostu burza, a be be – chce mi się siku. Nie udało mi się rozszyfrować wszystkich dźwięków, ale podstawy nowego języka dawały możliwość „nawiązania dialogu”. Pogadania sobie o tej burzy, o tych chmurach za busikowym oknem. Do snucia opowieści także. Pierwszy raz doświadczyłam czyjegoś głodu słuchania.

Jeśli się widzi na własne oczy, jak los obszedł się okrutnie z małym człowiekiem, zna się jego historię i wie, że jako wcześniak dwa pierwsze miesiące spędził pod respiratorem i kolejne dwanaście w szpitalu, że lekarze z siedmiu poradni specjalistycznych próbowali mu pomagać, by mógł żyć samodzielnym życiem

i mimo upływu lat, medycznego oka spuścić z niego nie można to… to, co może ofiarować komuś takiemu taki ktoś jak ja? Tylko uważność , czułość i szacunek. Także zrozumienie, gdy czasem ma zły dzień i staje się bardzo dokuczliwy.

We wrześniu i w październiku jeszcze tego nie wiedziałam, że transakcja ma charakter wiązany, że jak dajesz – to wróci. Była połowa listopada. Jechaliśmy do szkoły. Nagle Pati, która do tego dnia milczała, więc byłam pewna, że należy do grupy dzieci niemówiących, odezwała się: – Pani Jadzia. Kocham cię. To były pierwsze słowa od niej dla mnie.

Adasiowe „kokam” – też brzmiało jak najpiękniejsze wyznanie miłości. Jak mogłam pozostać niewzruszona na uśmiechy i uściski, które mnie witały już od siódmej rano albo na komplementy Ani: – Jesteś królowa pani!

Teraz mam okazję mojej gromadce za tę miłość podziękować.

Papież Franciszek mówił: -Nie zatrzymujcie się na powierzchni rzeczy… Za symbolicznymi kotarami marszałka sejmu, za symbolicznym smrodem posłanki Pawłowicz można znaleźć miłość. Czystą, szczerą, najprawdziwszą.

Miłość – to zaledwie jeden bonus. Bo jest jeszcze i drugi.

Gdy przez pięć dni w tygodniu, przez sto kilometrów i parę godzin dziennie przebywasz w gronie dzieci z najrozmaitszymi niepełnosprawnościami, gdy poznajesz ich matki i choć tylko przez chwilkę uczestniczysz w ich życiu, to nagle znajdujesz dziesiątki powodów, żeby poczuć się szczęściarą. W konfrontacji z ich troskami, twoje tracą na wadze. Nawet robi ci się wstyd, że pozwoliłaś sobie zaprzątać nimi głowę. Dostrzegasz też ofiarowaną ci przez los wolność. Bo przecież w każdej chwili możesz spakować plecak i ruszyć w świat, iść sobie na ploty do koleżanki, do woli bujać się w hamaku z książką w ręku. I widzisz jeszcze, jak wielka jest różnica pomiędzy uczestniczeniem w chorobie swojego dziecka a przyglądaniem się z boku, jak żyje ono swoim życiem i samodzielnie nadaje mu treść. Tak więc – jestem szczęściarą. I myślę, że takich osób jest więcej; tylko o tym nie wiedzą.

Jadwiga Janus

Więcej felietonów autorki można przeczytać w jej książce „Grzeszna, szpetna, błogosławiona”, dostępnej w księgarni „Marczyńskiego”.

Grafika: pixabay

Podziel się
Skip to content