Pierwotnie aktualny lider IV ligi miał zmierzyć się z wiceliderem tego samego szczebla rozgrywkowego już tydzień temu w Andrychowie. Uznano wówczas, że boisko Beskidu nie jest w najlepszym stanie i zdecydowano się przenieść mecz na dziś. Formalnie gospodarzem wciąż pozostali andrychowianie, ale do konfrontacji doszło w Wadowicach na sztucznej murawie i do tego w blasku reflektorów, bo pierwszy gwizdek rozbrzmiał o 18.30, a zatem już po zmroku. Jednak zanim gra się rozpoczęła zawodnicy obu ekip oraz kibice gromkimi brawami uczcili pamięć Kazimierza Walusa.
Ryczowianie przystąpili do spotkania w składzie mocno odbiegającym od ligowego. – Mam obecnie w kadrze 22 zawodników, z których 20 jest zdrowych. Dałem szansę występu tym, którzy w lidze grają mniej. Można powiedzieć, że zagraliśmy naszym składem pucharowym – powiedział po spotkaniu Kamil Czarnecki, trener Orła.
W szeregach Beskidu zabrakło Adriana Surówki. To wynik dżentelmeńskiej umowy pomiędzy andrychowianami, a Orłem, z którego zawodnik jest wypożyczony. Trener Tomasz Moskała nie rozdzierał z tego powodu szat. Tym bardziej, że to jego ekipa zaczęła mecz zdecydowanie i raz po raz zapędzała się na przedpole rywali. Z tych ofensywnych zapędów zrodziły się dwie bramkowe sytuacje. Najpierw (już w 1 min.) Filip Kasiński uderzył mocno niedokładnie. Za to wyborną szansę miał Patryk Koim. Z bliskiej odległości oddał mocny strzał, ale Filip Uryga instynktownie wystawił rękę i odbił strzał.
Gdy wydawało się, że obrona Orła skapituluje, ryczowianie wyprowadzili zabójczy kontratak, zakończony strzałem pod ladę w wykonaniu Marcina Karcza. Chwilę później mogło być już 2:0 dla wicelidera IV ligi, ale tym razem Arkadiusz Krzyżanowski nie dał się już pokonać. W rewanżu Patryk Matysek w dobrej sytuacji trafił prosto w ręce bramkarza, podobnie jak Dawid Hałat z rzutu wolnego. Uryga popisał się również piękną robinsonadą po strzale Patryka Matyska, który szukał dalszego rogu bramki, ale jego uderzeniu zabrakło siły.
W 35 min. w pole karne wdarł się przebojem Dawid Hałat. Uryga co prawda trącił piłkę nogą, ale następnie z impetem wpadł w rywala i sędzia wskazał na „wapno”. Z taką decyzją długo nie mogli pogodzić się zarówno zawodnicy Orła, jak i trener. – Bardzo kontrowersyjna decyzja. Jego były bramkarz nie zgadzam się z nią. Bramkarz przecież nie mógł zatrzymać się w miejscu po interwencji – przedstawiał po spotkaniu swoje racje szkoleniowiec. Tak, czy owak rzut karny został podyktowany, a na gola zamienił go Dawid Nagi.
Po zmianie stron kibice nadal oglądali ciekawe, dynamiczne widowisko, w którym nie brakowało walki, ale toczonej bez cienia złośliwości. Wręcz widać było, że piłkarze obu drużyn podchodzą do siebie z szacunkiem, mając gdzieś z tyłu głowy, że przed nimi jeszcze kilka spotkań o ligowe punkty (Orzeł ma do rozegrania jesienią pięć meczów, a Beskid cztery).
Początek drugiej odsłony, to szarża Szymona Wróblewskiego, ale powstrzymana przez defensorów, a po przeciwnej stronie uderzenie Marcina Karcza obok słupka. Potem dużo akcji w obie strony, ale kończących się na 16 metrze, aż w 67. min. Dawid Sarnecki trafił, ale tylko w boczną siatkę, a po chwili Damian Zięba zatrudnił Arkadiusza Krzyżanowskiego. Beskid zdawała się jednak zyskiwać optyczną przewagę, choć w swoim polu karnym kilka razy defensorzy musieli zachować czujność. I tak Daniel Budka posłał piłkę do w ręce Urygi. Ładna akcja Nagiego z Hałatem zakończyła się również skuteczną interwencją golkipera Orła. Strzał z woleja Wróblewskiego także nie mógł go zaskoczyć, bo po nim futbolówka poleciała w sam środek bramki niczym strzała łucznika w dziesiątkę.
Z wolna wydawało się, że dojdzie do konkursu rzutów karnych (dogrywki na tym szczeblu pucharu nie przewidziano). Nastała jednak szalona końcówka. W 84 min. w objęciach kolegów utonął Michał Kramarz. Tak jego radość, jak i kolegów trwała kilkadziesiąt sekund. Ryczowianie wznowili grę, posłali długą piłkę i Mateusza Zembala wykorzystał niezdecydowanie obrońców. Ci nie mogli orzec, który z nich ma wyekspediować piłkę w dowolnym kierunku, więc snajper Orła na pełnej prędkości wszedł między nich, zabrał się z futbolówką i z bliskiej odległości nie dał Krzyżanowskiemu najmniejszych strzał na skuteczną interwencję.
Tyle tylko, że historia kołem się toczy. I tak, jak krótko cieszyli się andrychowianie, tak i radość ryczowian nie trwała długo. Dwie minuty po wyrównującej bramce ratowali się wybiciem piłki na rzut rożny. Po przeciągniętym dośrodkowaniu futbolówka trafiła do Dawida Nagiego, o którym obrońcy jakby zapomnieli. Spokojnie przyjął i huknął ile siły w nodze. Nie było co zbierać.
W 90 min. Nagi mógł zamknąć mecz, ale Uryga fenomenalną interwencją przedłużył nadzieje swojej drużyny o trzy minuty doliczonego czasu gry. W nich nic się jednak nie wydarzyło i to Beskid Andrychów sięgnął po Puchar Polski na szczeblu podokręgu, a Dawid Nagi odebrał statuetkę dla najlepszego zawodnika meczu. Orłowi na pocieszenie pozostał fakt, że wiosną wystąpi w Pucharze Polski na szczeblu wojewódzkim. A to dlatego, że tego tytułu broni Beskid i przed dzisiejszym meczem miał zapewniony udział w dalszej rywalizacji. Triumf podopiecznych Tomasza Moskały sprawił, że ten zaszczyt przypadł ich rywalom.
Beskid Andrychów – Orzeł Ryczów 3:2 (1:1)
woc Fot. Wojciech Ciomborowski, wideo: Beskid Andrychów





























































